INFORMUJEMY, NIE KOMENTUJEMY

© 2020-2021 r. FreeDomMedia. All rights reserved.

Centralna Agencja Informacyjna

15:12 | czwartek | 08.12.2022

© 2020-2021 r. FreeDomMedia. All rights reserved.

Niemcy karzą czy kpią z ofiar swoich zbrodni?

Czas czytania: 5 min.

Kartka z kalendarza polskiego

8 grudnia

Uciekli do Mandżurii

3 grudnia 1941 r. Sikorski świetnie wiedział o wywózkach, pociągach pełnych Polaków, zmierzających na Syberię i do Kazachstanu. Chciał ich ratować. Szansa pojawiła się, gdy...

Koniecznie przeczytaj

Najpierw masowo uwalniali zbrodniarzy i ich kryli. Teraz odstawiają szopkę z procesami, z których nic nie wynika.

W Niemczech powoli dobiega końca proces 101-letniego byłego strażnika SS z niemieckiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Josefa Schütza.

- reklama -

Schütz stanął przed sądem w zeszłym roku. Prokuratura niemiecka zarzuciła mu doprowadzenie w latach 1942-1945 do śmierci 3500 więźniów obozu. Zarzuty przeciwko mężczyźnie obejmują m.in. podżeganie do „rozstrzelania sowieckich jeńców wojennych” czy też mordowanie więźniów „za pomocą trującego gazu cyklonu B”.

Akceptował pan dehumanizację ofiar i pogodził się z nią – mówi prokurator Cyrill Klement

Prokuratura domaga się dla byłego strażnika kary 5 lat pozbawienia wolności, ale już wiadomo, że nawet jeśli zostanie skazany, wyrok będzie symboliczny, bowiem Schütz ze względu na stan zaawansowany wiek i stan zdrowia nie spędzi w więzieniu nawet godziny. Cały czas przebywa na wolności, a jego przesłuchania w trakcie procesu są ograniczone do paru godzin ze względu na jego stan zdrowia.

- reklama -

Zbrodniarz

Schütz urodził się w rodzinie litewskich Niemców i jak sam podkreśla – wychowywał się na Litwie. Do wojska wstąpił w 1938 r. Utrzymuje, że nigdy nie był strażnikiem w obozie koncentracyjnym, a wojnę spędził pracując jako robotnik rolny w Pasewalku (Meklemburgia-Pomorze Przednie). Także po wojnie pracował, m.in. jako robotnik rolny i ślusarz.

Obecnie podkreśla, że jego zmarła w 1986 r. żona zawsze uważała go za dobrego człowieka, jest dumny ze swoich dzieci i wnuków oraz osiągnięto wieku. Nie przyznaje się do żadnego z zarzutów.

- reklama -

Prokuratura jest jednak w posiadaniu dokumentów z obozu, gdzie widnieją jego dokładne dane. O pomyłce nie może być mowy.

Piekło na ziemi

Obóz w miejscowości Sachsenhausen pod Berlinem Niemcy założyli już 1936 r. SS  uważało go za obóz „wzorcowy” pod względem organizacyjnym. Już w 1938 r. w wydzielonych budynkach na terenie obozu został pomieszczony Inspektorat Obozów koncentracyjnych (Inspektion der Konzentrationslager), zarządzający wszystkimi niemieckimi obozami koncentracyjnymi, w tym również zlokalizowanymi w okupowanej Polsce. Szkoliło się tu wielu komendantów i wysokich funkcjonariuszy SS, którzy później obejmowali funkcje w innych obozach (w tym Rudolf Hoss, komendant obozu Auschwitz). W listopadzie 1939 r. do obozu zostali przywiezieni aresztowani podczas Sonderaktion Krakau profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Już 2 maja 1940 r. do tego obozu został wysłany pierwszy transport więźniów Pawiaka. Polacy byli liczną grupą narodowościową w obozie. Ich sytuacja była tym straszniejsza, że nie mieli szans na ucieczkę, inaczej niż w okupowanej Polsce, tu w razie ucieczki nie mogli liczyć na pomoc ludności cywilnej. Do obozu byli też przywożeni duchowni. Tu także został przywieziony i tu zamordowany Stefan Rowecki „Grot”, komendant główny Armii Krajowej.

W tym obozie Niemcy przeprowadzili też „eksperymenty” z uśmiercaniem ludzi przy pomocy gazu – w 1941 r. zamordowali grupę jeńców sowieckich w specjalnie przystosowanych do tego celu ciężarówkach.

W  obozie Sachsenhausen Niemcy przeprowadzali zbrodnicze eksperymenty medyczne na więźniach, które często kończyły się śmiercią lub kalectwem. Więźniowie byli też wykorzystywani do pracy ponad siły w niemieckich przedsiębiorstwach. Masowo umierali z powodu chorób, głodu, wycieńczenia i pracy ponad siły. Obóz działał do samego końca wojny. Przeszło przez niego co najmniej 200 tys. więźniów. Dokładna liczba jego ofiar nie jest znana.

Niemiecka szydera

Trudno nie stwierdzić, że obecne „przebudzenie” niemieckiego wymiaru sprawiedliwości to jawne szyderstwo z ich ofiar. Proces załogi Sachsenhausen odbył się w 1947 r. a na ławie oskarżonych zasiedli m.in. komendant obozu i obozowy lekarz odpowiedzialny za przeprowadzanie eksperymentów medycznych. Wśród zaledwie 16 skazanych nie było ani jednego obozowego strażnika. Żaden z oprawców nie został też skazany na śmierć – najcięższym wyrokiem było dożywocie, w dodatku część ze zbrodniarzy po kilku latach odsiadki wyszła na wolność. Niemiecki wymiar sprawiedliwości w ogóle nie upomniał się o Schütz ani jego kolegów.

Po wojnie niemiecki wymiar „sprawiedliwości” stał na stanowisku, że oskarżonym należało bezpośrednio udowodnić zamordowanie więźnia obozu koncentracyjnego, a sama służba w obozie nie czyniła za nic odpowiedzialnym, nawet za przyczynienie się do śmierci więźniów. W warunkach masowych fabryk śmierci, jakimi były obozy, przeprowadzenie takiego dowodu było niemożliwe, więc Niemcy służący w SS albo w ogóle nie stawali przed sądem, albo byli uniewinniani, albo wykpiwali się kilkuletnimi wyrokami.

Tysiące niemieckich zbrodniarzy uniknęło odpowiedzialności, wielu po wojnie robiło kariery. Dopiero w ostatnich latach Niemcy zaczęli stawiać przed sądami i tak stojących nad grobem zbrodniarzy. Jeśli w ogóle dochodzi do ich skazania, to wyroki są tylko symboliczne – żaden nie trafił do więzienia. Czasem „uciekają” do grobu.

Oskar Groening, księgowy w Auschwitz i Reinhold Hanning, były strażnik SS w Auschwitz zostali nawet skazani na więzienie, ale zmarli zanim zdążyli trafić za kratki.

Kuriozum był wyrok, jaki usłyszał był strażnik obozowy Bruno Dey, który został w wieku 93 lat uznany za winnego i w zeszłym roku i został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu. W praktyce wyrok ten oznaczał, że jeśli w okresie tych dwóch lat, Dey jeszcze raz zostanie strażnikiem w obozie, to pójdzie do więzienia. Oczywiście pod warunkiem udowodnienia mu winy.

I tak dalej. Niemcy rozdmuchują obecnie nieliczne procesy, jakie prowadzą przeciwko zbrodniarzom, żeby pokazać, że ścigają ich bez względu na wiek. To szyderstwo z milionów ofiar niemieckich zbrodni. Teraz wzięli się za ściganie zbrodniarzy? Ich miejsce było pod murem w 1945 r. Wtedy Niemcy w majestacie prawa ich chronili. W tym samym majestacie prawa dziś skazują zbrodniarzy na wyroki, które nie są wykonywane. Kilka lat na papierze zamiast stryczka 77 lat temu. Mamy odczuwać ulgę, że skazują zbrodniarzy? Podziwiać ich. Pewnie, że lepiej późno niż wcale. Ale mamy też prawo uważać, że to wszystko, to zwyczajna “gra pod publiczkę”. I mamy prawo do komentarza – Niemcy nadal kpią z  swoich zbrodni.

Śledź nas na:

Czytaj:

Oglądaj:

0 komentarzy
Wbudowane informacje zwrotne
Zobacz wszystkie komentarze
reklamaspot_img

Ostatnio dodane

Jak budowano NOWY PORZĄDEK na przykładzie USA

Zadania stawiane 60 lat temu komunistycznym agitatorom w Ameryce głosiły m.in.: Promuj ONZ jako jedyną nadzieję dla ludzkości. Dąż do...

Przeczytaj jeszcze to!

0
Podziel się z nami swoją opiniąx