4 kwietnia 1940
Strzał w potylicę i “pogrzeb” w dole śmierci. Tak sowieci mordowali polską elitę – żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza i policjantów. Przez całe dziesięciolecia nie wolno było o nich nawet wspomnieć.
W 1939 roku w założonym w Ostaszkowie obozie jenieckim Rosjanie umieścili 6300 jeńców polskich, głównie policjantów i funkcjonariuszy Korpusu Ochrony Pogranicza. 22 marca 1940 r. Beria wydał tajny rozkaz nr 00350 wymordowania polskich jeńców. Od 4 kwietnia do 16 maja jeńców z obozu w Ostaszkowie zostali wymorodowani. Konwoje jeńców były transportowane koleją do Kalinina (Tweru), przewożone samochodami więziennymi do siedziby NKWD (obecnie Twerski Instytut Medyczny) i umieszczane w więzieniu wewnętrznym NKWD, znajdującym się w piwnicach budynku. Egzekucje odbywały się w nocy. Więźniów wprowadzano pojedynczo do obszernego pomieszczenia piwnicznego (tzw. pokój leninowski), gdzie każdy był pytany o nazwisko. Stamtąd skazany ze skutymi rękami przechodził do następnego, mniejszego pomieszczenia z drzwiami obitymi wojłokiem, gdzie strzelano mu w tył głowy z pistoletu Walther. Pierwszego dnia po nadejściu konwoju z ponad 300 jeńcami kaci musieli kończyć egzekucje za dnia i następne partie nie przekraczały 250 osób. Zwłoki były grzebane w przygotowanych wcześniej dołach na terenie letniskowym kalinińskiego NKWD. W każdym mieściło się ok. 250 ciał, zasypywanych potem przez koparkę. Według zeznań byłego naczelnika kalinińskiego NKWD, gen. Dmitrija Tokariewa, egzekucje organizował jego zastępca Wasilij Pawłow, a wykonywała przysłana z Moskwy grupa, do której weszli m.in. starszy major bezpieczeństwa państwowego Nikołaj Siniegubow, kombryg Michaił Kriwienko i major Wasilij Błochin, członek ochrony osobistej Stalina, jeden z najkrwawszych katów, jakich zna historia. Żaden ze sprawców tej zbrodni nigdy nie został ukarany, a przez cały PRL „historycy” przedstawiali dowody, że „dokonali” jej Niemcy.