INFORMUJEMY, NIE KOMENTUJEMY

© 2020-2021 r. FreeDomMedia. All rights reserved.

Centralna Agencja Informacyjna

09:20 | wtorek | 09.08.2022

© 2020-2021 r. FreeDomMedia. All rights reserved.

“Kamienie milowe” zrujnują kierowców

Czas czytania: 6 min.

Kartka z kalendarza polskiego

9 sierpnia

Zaczęło się od drewnianego kościółka i kamiennej strażnicy

9 sierpnia 1382 r. Zaczęło się zwyczajnie – od sprowadzenia do Polski szesnastu zakonników. Nie wiadomo dokładnie, kto tego dokonał, chociaż większość historyków wskazuje na...

Koniecznie przeczytaj

Opłata za posiadanie samochodu spalinowego wejdzie w życie. To pewne. Jej cel – posiadanie samochodu ma stać się tak kosztowne, że aż nieopłacalne. Nie jesteś milionerem – nie będzie Cię stać na własne auto.

Rząd mówi, że się nie zgodzi itd. Ale już się zgodził i w „kamieniach milowych” do Krajowego Programu Odbudowy wpisał opłaty za rejestrację i posiadanie „najbardziej emisyjnych samochodów spalinowych”, czyli takich, jakimi jeździ większość Polaków, zwłaszcza tych słabej sytuowanych.

- reklama -

Trzeba podkreślić wyraźnie – nie ma „kamieni” mniejszych i większych – Komisja Europejska może uzależnić wypłatę środków także od spełnienia tego warunku. Zresztą już podnoszą się głosy, że na Zachodzie takie opłaty zostały wprowadzone (i staje się jasne, dlaczego Polacy z łatwością i masowo kupowali używane samochody z Niemiec czy Holandii), więc nie ma powodu, żeby Polska „odstawała”.

Do tej pory Polska (tak samo jak Litwa, Estonia i Słowenia) nie miała opłat za „wysokoemisyjne samochody”. I właśnie z tego powodu Komisja Europejska naciskała, by „kamień milowy” w postaci opłat za ich posiadanie i użytkowanie znalazł się w Krajowym Planie Odbudowy. Nie ma więc co liczyć, że potraktuje tę kwestię marginalnie, skupiając się, jak chce przekaz rządowo-medialny, na „reformie sądownictwa”. Gwoli sprawiedliwości należy też przyznać, że także strona opozycyjna ani słowem nie podnosiła tej kwestii. Pojawiła się ona w zasadzie dopiero po obwieszczeniu, że KPO został zatwierdzony, co zresztą wcale nie jest takie pewne. Pewne jest, że jeśli zatwierdzony zostanie, opłaty zostaną wprowadzone. Pozostaje kwestia tego, jak będą wysokie. A jeśli ten haracz nie będzie z Polaków ściągany, nie będzie środków z KPO.

Siedem tysięcy co roku

- reklama -

Jak podaje portal Business Insider, „najbardziej dolegliwy może okazać się uiszczany co roku podatek od własności wysokoemisyjnego pojazdu”. Jak bardzo uderzy to po kieszeniach kierowców, to już będzie zależało od tego, jaki model przyjmie rząd. To zaś może zależeć od tego, co władzom w Warszawie „klepną” urzędnicy w Brukseli. Rozwiązań jest kilka.

Możliwe byłoby przyjście np. modelu holenderskiego, zgodnie z którym opłata zależna jest od emisji CO2/km, masy pojazdu, rodzaju paliwa, a także wysokości opłaty lokalnej. W Holandii średnie opodatkowanie od samochodów benzynowych może wynosić nawet 650 euro rocznie. Po dzisiejszym kursie – nieco ponad 3 tys. złotych rocznie. To nie koniec, bo oprócz tej opłaty, Holandia „dokopała” właścicielom diesli, objętych dodatkowo tzw. opłatą od rdzy, czyli 15-proc. dopłatą do wspomnianej opłaty od „emisyjności”. W ten sposób właściciel starego diesla może zapłacić nawet 1575 euro na rok (to 7300 zł). Nawet dla Holendra to sporo. Posiadanie starego, kupionego tanio auta, bardzo szybko staje się nieopłacalne – wysokość opłat przekracza wartość samochodu. W ten sposób jasne staje się, dlaczego Holendrzy masowo przesiedli się na rowery – po prostu w bogatej Holandii, zarabiających w euro Holendrów nie stać na posiadanie samochodów. Zwłaszcza w miastach. Przyznać się do tego jakoś tak głupio, więc wymyślono wersję o „ekologicznym” narodzie. Łatwo też sobie wyobrazić, że w Polsce tego typu opłaty oznaczałaby ruinę dla tysięcy właścicieli samochodów, zwłaszcza tych z cieńszym portfelem, którzy kupili używane auta, często właśnie z Niemiec czy Holandii. Co prawda eksperci podkreślają, że wprowadzenie w Polsce modelu holenderskiego jest mało prawdopodobne, ale… nie jest absolutnie wykluczone. Pocieszać ma nas fakt, że gdyby taki model wprowadzano, to w polskich regulacjach mogłoby znaleźć się takie parametry jak masa pojazdu czy rodzaj paliwa, niby obniżające wysokość opłat, chociaż niekoniecznie.

A u naszych sąsiadów

- reklama -

Model, w którym wysokość opłaty została uzależniona od mocy silnika, roku produkcji oraz spełnianej normy emisyjności, został przyjęty np. na Węgrzech, w Czechach czy w Bułgarii. Co to oznacza w praktyce? Portal Business Insider przytacza następujące wyliczenie: „Opłata od mocy zaczyna się od 60 centów za 1 kW (to 1,36 KM). Posiadacze najmocniejszych silników muszą się jednak liczyć z dużo większymi obciążeniami. W ekstremalnych przypadkach dochodzą one aż do 3,22 euro za 1 kW. To oznacza, że również tam za stary pojazd o mocy 221 kW (300 KM) trzeba byłoby zapłacić ok. 700 euro rocznie (czyli prawie 3300 zł)”. A zatem nawet więcej niż w Holandii (nie licząc oczywiście diesli). A np. w Bułgarii posiadacze aut o mocy przekraczającej więcej niż 200 KM i starszych niż piętnastoletnie, zapłacą jeszcze więcej.

Węgrzy wprowadzili wymaganie przez Komisję Europejską opłaty, ale obciążyli nimi najbardziej posiadaczy najnowszych aut. Zgodnie z przyjętymi tam rozwiązaniami, w przeliczeniu na euro podatek od własności dla aut poniżej czterech lat wynosi 0,87 euro za kW. Właściciele samochodów mających mniej niż 16 lat muszą zapłacić 0,35 euro za kW, czyli np. za passata o mocy 140-200 KM trzeba byłoby tam zapłacić ok. 66-95,2 euro rocznie. Plus uzależnioną od mocy silnika stawka w wysokości od 19,33-115 euro. W sumie – ok. 200 euro rocznie. Mniej niż w Holandii, ale wciąż sporo.

Wydaje się, że najłagodniej swoich obywateli potraktowały władze Czech, gdzie opodatkowaniu podlegają tylko samochody służbowe, a wysokość opłaty zależy od wielkości silnika oraz wieku auta. Plus 49 euro oraz 25 proc. dopłaty do samochodów wyprodukowanych przed 1989 r.

Po co to wszystko?

To oczywiście nie koniec, bo do ww. corocznych opat należy doliczyć opłatę za zarejestrowanie takiego samochodu. To także zostało wpisane do „kamieni milowych” a opłata ma być tak wysoka, żeby Polakom odechciało się sprowadzać do Polski używane samochody. Do tego dojdzie także zakaz wjazdu takimi samochodami do wielu miejsc (np. centrów miast). Jeśli więc nawet zaciśniesz zęby, zapłaczesz i zapłacisz i tak daleko nie pojedziesz. A jak ktoś będzie już chciał się pozbyć auta, to oczywiście też zapłaci – za jego złomowanie. Pamiętać trzeba, że te opłaty to nie wszystko – w „kamieniach milowych” znalazło się też wprowadzenie opłat za przejazd drogami ekspresowymi, przy czym rząd wcale nie ukrywa, że w tym przypadku chodzi o „nakłonienie” Polaków do podróżowania środkami transportu publicznego, przede wszystkim pociągami, bo przecież przewozy autobusowe też zapłacą te opłaty, co podniesienie ceny biletów (to, że niektóre po takich unijnych rozwiązaniach padną, zdaje się nie mieć znaczenia). Generalnie chodzi o to, żeby posiadanie samochodu stało się nieopłacalne i żeby kosztami zmusić ludzi do rezygnacji z poziomu życia, do jakiego przywykli. To samo dotyczy zresztą podróżowania samolotami, ogrzewania domów czy dziesiątek innych aspektów życia codziennego (nawet mięso ma być tak drogie, żeby ludzi nie było stać na jego zakup).

„Eksperci” uspokajają, że przy ustalaniu opłat z samochody w Polsce „na pewno” zostaną wzięte pod uwagę takie czynniki, jak zamożność społeczeństwa i problem „wykluczenia komunikacyjnego”. Czy od tych obietnic można spać spokojniej? Doświadczenie uczy, że niekoniecznie.

Wygląda więc na to, że zatoczyliśmy koło i jak za komuny – samochód będzie towarem luksusowym, z posiadania którego Polacy „zrezygnują” w ramach troski o planetę. Podobnie jak z ogrzewania domów czy kotleta schabowego na niedzielny obiad.

Oczywiście, milionerów całe to zamieszanie nie dotknie. Zresztą, jak ostatnio stwierdził jeden z nich, „bogaci nie mają z czego rezygnować”.

Źródło: Business Insider

Śledź nas na:

Czytaj:

Oglądaj:

0 komentarzy
Wbudowane informacje zwrotne
Zobacz wszystkie komentarze
reklamaspot_img

Ostatnio dodane

Czy Waldemar Kraska straci robotę?

Wiceminister Zdrowia Waldemar Kraska chyba nie skonsultował swojego wystąpienia z szefem. Ani z „ekspertami medycznymi”. Nie zdziwmy się, jeśli...

Przeczytaj jeszcze to!

0
Podziel się z nami swoją opiniąx