INFORMUJEMY, NIE KOMENTUJEMY

© 2020-2021 r. FreeDomMedia. All rights reserved.

Centralna Agencja Informacyjna

11:45 | środa | 17.04.2024

© 2020-2023 r. FreeDomMedia. All rights reserved.

Titaniczna katastrofa

Czas czytania: 17 min.

Kartka z kalendarza polskiego

17 kwietnia

Jedźcie sami do Niemiec…

13 kwietnia 1943 W czasie II wojny światowej, Warszawa była dla Niemców najniebezpieczniejszym z okupowanych przez nich miast Europy. Każdy Polak mógł wtedy zginąć...

Koniecznie przeczytaj

Ocaleni z Titanica po przybyciu do Nowego Jorku z jednej strony stali się sensacją z drugiej – musieli zmierzyć się z niechęcią, a niekiedy wręcz – nienawiścią opinii publicznej. Nie darowano pasażerom, że siedząc w pustych szalupach, nie wrócili po rozbitków.

Wiosną 1909r. od wiecznych lodów Grenlandii oderwał się ogromny blok lodu. Miał ok. 1 km długości i ok. 2,5 mln ton wyporności. Jak w przypadku każdej góry lodowej, większa jego część pozostawała pod wodą, nad nią widoczny był tylko wierzchołek. I może ta góra lodowa zakończyłaby swe istnienie jak setki innych – topiąc się spychana prądami morskimi na południe, gdyby jej droga nie skrzyżowała się z wytworem ludzkiej myśli technicznej i… pychy.

- reklama -
Góra lodowa, która zatopiła Titanica

Oto 31 marca 1909 w stoczni w Belfaście położono stępkę pod budowę najbardziej luksusowego statku, jaki kiedykolwiek miał pojawić się na morzu. Był to efekt pomysłu budowy aż trzech luksusowych statków, jaki narodził się wiosną 1907 roku podczas spotkania towarzyskiego Bruce’a Ismaya (1862-1937), dyrektora kompanii żeglugowej White Star Line i Williama Jamesa Pirrie’a, prezesa rady nadzorczej stoczni Harland and Wolff w Belfaście. Tymi statkami były Olimpic, Gigantic (przechrzczony później na Britannic) i najsłynniejszy statek, jaki kiedykolwiek wypłynął w morze – Titanic.

Najbardziej luksusowy na ziemi

Projekt Titanica imponował rozmachem. Długość statku – 269 m, wyporność – prawie 53 tys. ton. Był to jeden z największych obiektów stworzonych ludzką ręką. Postawiony w pionie byłby dwa razy wyższy niż takie obiekty jak Piramida Cheopsa czy Bazylika św. Piotra. Był za to dość wąski – „zaledwie” 30 m. Jego wysokość od kila do szczytu kominów wyniosła 53 metry, przy średnim zanurzeniu wynoszącym ponad 20 metrów. Nad lustrem wody pozostawało więc ponad 40 metrów, czyli w przybliżeniu 14 pięter. Kadłub statku wykonano z wysokiej jakości stali, podobnie jak inne elementy konstrukcyjne. Arkusze stali w poszyciu statku o grubości 4 cm każdy połączono potrójnymi rzędami nitów w łącznej liczbie 3 mln. sztuk. Nowością, zapewniającą bezpieczeństwo było podwójne dno i szesnaście wodoszczelnych przedziałów podzielonych grodziami. Można je było zamknąć jednym przyciskiem w kilka sekund. Teoretycznie Titanic mógł się utrzymać na powierzchni nawet po zalaniu czterech pierwszych przedziałów wodoszczelnych. Tego, że mogłaby zostać zalana większa ich liczba najwyraźniej nikt nie dopuszczał. Tak samo jak tego, że grodzie mogłyby nie wytrzymać.

- reklama -
Porównanie wielkości Titanica i różnych współczesnych obiektów

Natomiast wbrew wszystkim zdjęciom Titanic miał tylko trzy kominy. Czwarty był dodany „dla dekoracji” i podkreślenia mocy statku. Prędkość, jaką okręt mógł osiągnąć – 24 węzły (44,4 km/h) była nieco niższa od prędkości statków konkurencyjnych liniowców, ale Titanic miał to nadrobić luksusem. Ładownie statku mogły pomieścić łącznie 46 328 ton towarów (łącznie z paliwem i zapasami żywności). Titanic jako „królewski statek pocztowy” w swój pierwszy rejs zabrał też 3 500 worków listów. Wśród ciekawszych obiektów przewożonych na statku były: samochód, maszynka do produkcji marmolady należąca do jednej z pasażerek, czy kolekcja ubrań zaprojektowana przez parę luksusowych pasażerów. Najdroższym przedmiotem była książka perskiego matematyka i filozofa Omara Chaijama, oprawiona w złoto, wysadzana rubinami i szmaragdami. Nie została znaleziona wśród przedmiotów wyłowionych po katastrofie, więc o ile ktoś jej nie ukradł, prawdopodobnie spoczywa gdzieś we wraku statku na dnie oceanu.  Oprócz niej na statku była oczywiście masa klejnotów należących do bogatych pasażerek oraz prawdopodobnie duże ilości srebra.

Ósmy cud świata

Budowa trwała dwa lata i 31 maja 1911 r. Titanic został zwodowany. Co ciekawe – nie rozbito wówczas butelki szampana o burtę statku, co było i jest morskim zwyczajem. Zamiast tego przygotowano odpowiednią oprawę marketingową, łącznie z gadżetami związanymi ze statkiem i wystawnym przyjęciem na jego pokładzie wydanym dla rozmaitych notabli, przyszłych pasażerów (oczywiście tylko tych pierwszej klasy) i rzecz jasna – dziennikarzy z co bardziej prestiżowych i poczytnych gazet. Zadziałało. Dziennikarze byli zachwyceni. Entuzjastyczne relacje o najbezpieczniejszym i najbardziej luksusowym statku napędzały chętnych na rejs. Zwłaszcza tych z najgrubszymi portfelami. Kilka miesięcy później – w pierwszych tygodniach 1912r. rozpoczęto sprzedaż biletów na pierwszy rejs Titanica.

- reklama -

Na sam rejs Titanicem było stać całkiem sporo osób. Najtańsze miejsce III klasy kosztowało 2 funty, czyli licząc wg. dzisiejszego kursu mniej więcej – dwutygodniowy zarobek robotnika. Za tę cenę dostawało się jednak tylko kawałek miejsca pod pokładem plus jakie-takie wyżywienie. Najdroższe miejsce III klasy w czteroosobowej kajucie kosztowało 6 (według innej wersji 8) funtów, czyli dziś ok.  340 dolarów. Bilety klasy drugiej kosztowały już sporo drożej – od 10 do 40 funtów, czyli dziś ok. 2 200 dolarów. Bilet pierwszej klasy kosztował od 26 funtów za kajutę do 512 funtów za apartament. Dziś najdroższy bilet na Titanica kosztowałby 28 tys. dolarów.. Co dostawano za tę cenę?  Najbogatsi pasażerowie popłynęli w apartamentach urządzonych w różnym stylu, mieli luksusowe łazienki tylko do własnej dyspozycji, saloniki, garderoby a nawet promenady spacerowe przypisane wyłącznie do danego apartamentu. Poza tym najbogatsi mogli korzystać z licznych restauracji i kawiarni oraz takich udogodnień jak łaźnia turecka, kryta pływalnia, siłownia, salon fryzjerski oraz ciemnia fotograficzna. Posiłki jedli w niezwykle luksusowej jadalni a po nich mogli relaksować się paląc cygara w komfortowo wyposażonym klubie dyskusyjnym albo bogatej czytelni. Był nawet ogród zimowy i szpital z kompletnie wyposażoną salą operacyjną. Specjalne pomieszczenie miały także pieski oraz inne zwierzątka pasażerów pierwszej klasy a ich służba miała do swojej dyspozycji własny salon. Pomyślano nawet o takim luksusie jak umożliwienie pasażerom nadania depeszy z pokładu statku, co nie było możliwe na żadnej innej jednostce. Na Titanicu zabrakło jednak kilku rzeczy – kaplicy na pokładzie, lornetki w bocianim gnieździe, czerwonych rakiet na mostku kapitańskim oraz wystarczającej ilości szalup. Było ich zaledwie dwadzieścia. Statek potrzebował co najmniej sześćdziesięciu. Nie przeprowadzono nawet ćwiczeń ewakuacyjnych. Najwyraźniej wszyscy na pokładzie byli święcie przekonani, że Titanic jest statkiem niezatapialnym.

Fatalna decyzja

W pierwszych dniach kwietnia 1912r. statek i jego starannie wybrana załoga byli gotowi do rejsu. Właściciele statku pokonali przeszkodę w postaci trudności zaopatrzenia go w węgiel i po prostu wkupili całe jego zapasy, przez co uniezależnili się od trwającego właśnie w Anglii strajku górników. W efekcie odwołano rejsy innych statków a ich niedoszli pasażerowie kupili lub dostali w zamian bilety na Titanica. Wszystko było już gotowe, kiedy 9 kwietnia w piątej kotłowni Titanica, tuż przy grodzi wodoszczelnej, zapalił się z nieznanych przyczyn skład węgla. Wiadomość tę trzymano w ścisłej tajemnicy przed pasażerami z obawy przed ich utratą. I tak 10 kwietnia 1912r., Titanic wyruszył w swą pierwszą podróż. Z pożarem pod pokładem. Udało się go ugasić dopiero dzień przed katastrofą.

Na pełne morze okręt wypłynął 11 kwietnia rano, a o godzinie 13:30 wokół statku rozciągał się już tylko widok oceanu. Zgodnie z planem 2 200 osób, które wyruszyło w rejs, sześć dni później – 17 kwietnia 1912r. miało zobaczyć Statuę Wolności wpływając do Nowego Jorku. Rejs przebiegał spokojnie, a im dalej Titanic płynął, tym spokojniejszy był ocean, co zresztą w przypadki gór lodowych było szczególnie niebezpieczne, bowiem utrudniało ich wypatrzenie (fale nie uderzały o zbocza gór). Titanic był zresztą kilkakrotnie ostrzegany przez inne statki przed górami i polami lodowymi. W ostatnim ostrzeżeniu wieczorem 14 kwietnia, przepływający najbliżej statek Californian poinformował Titanica, że z powodu lodu zatrzymał się i będzie czekał do rana nie ryzykując podróży nocą. Niestety, po nadaniu tego komunikatu i otrzymaniu odpowiedzi, aby nie zawracać odbierającemu głowy, radiooperator Californiana po prostu… wyłączył radio i poszedł spać. Kapitan Smith, który na Titanicu dowodził nie zmartwił się tym i ani nie przerwał rejsu, ani nawet nie zwolnił. Co mogła zrobić góra lodowa niezatapialnemu statkowi? A jednak.

O godz. 23.38 marynarz w bocianim gnieździe zauważył oddaloną ok. 650 metrów górę lodową. Pierwszy oficer William Murdoch wydał sternikowi Robertowi Hichensowi rozkaz „Prawo na burt”, co oznaczało, że statek ma skręcić w lewo, ponieważ w tamtych czasach wydawano komendy nie na ster, ale na rumpel, a maszynowni „Cała wstecz”. Ale Titanic płynął za szybko, był zbyt duży, by sprawnie nim manewrować i skręcał za wolno. Minęło 37 sekund od momentu zauważenia góry, do chwili, gdy statek do niej dopłynął i otarł się o nią  sterburtą na długości 90 metrów. Była godzina 23.40, kiedy minął górę. Przez wiele lat uważano, że góra lodowa dosłownie rozdarła poszycie statku na długości 90 metrów. Potem mówiono, że kruche nity wykonane ze stali z domieszką szlaki, którymi łączono poszycie statku, wystrzeliły jak korek z butelki. W ciągu kilku sekund do wodoszczelnych przedziałów wlała się woda. Zamykanie grodzi nic nie dało. W ciągu dziesięciu minut zalała pięć przedziałów. Zbyt dużo, by statek utrzymał się na powierzchni. Ponieważ przedziały nie były zabezpieczone od góry, woda zaczęła się przelewać dalej. Pompy pracowały zbyt wolno. Kapitan i konstruktor statku, obecny podczas rejsu Thomas Andrews zorientowali się, że statek zatonie w ciągu dwóch godzin.

Miejsce katastrofy Titanica

Koniec

Na wodę zaczęto spuszczać szalupy i umieszczać w nich tylko pasażerów pierwszej klasy. Z dwudziestu szalup tylko trzy w momencie opuszczenia na wodę były w pełni załadowane. Reszta spokojnie mogła pomieścić jeszcze wielu ludzi. W efekcie na śmierć zostali skazani pasażerowie drugiej i trzeciej klasy. Tym ostatnim zresztą zamknięto wyjścia na pokład. Wydostali się tylko ci, którzy wyłamali żelazne kraty a i tak tylko po to, żeby zobaczyć, że nie ma szalup. W efekcie spośród 2 228 pasażerów i załogi Titanica zginęło 1 513 osób, w tym 109  kobiet, 1352 mężczyzn i 52 dzieci. Przeżyło katastrofę tylko około 730 pasażerów. W katastrofie zginęli m.in. kapitan Smith, starszy oficer Wilde i pełniący wachtę w chwili katastrofy pierwszy oficer Murdoch. Zginęli wszyscy mechanicy, starszy radiotelegrafista Philips, który zmarł z zimna na przewróconej łodzi ratunkowej (ocalał drugi radiotelegrafista Bride, ratując się wraz z drugim oficerem, Lightollerem, na przewróconej łodzi), cała orkiestra kierowana przez Wallace’a Hartleya. Łącznie niemal 80 proc. załogi. Z pasażerów I klasy zginęło nieco mniej niż połowa, z pasażerów II klasy około 60 proc., z pasażerów III klasy – trzy czwarte. Gwoli sprawiedliwości przyznać trzeba, że zginęli także pasażerowie pierwszej klasy, którzy mogli sobie kupić miejsce w szalupach. Tak zginął najbogatszy pasażer statku John Jacob Astor IV, a także kongresman i właściciel największego domu towarowego w Nowym Jorku (Macy’s) – Isidor Strauss z żoną Idą (oddała swoje miejsce w szalupie pokojówce a sama postanowiła zostać z mężem), adiutant prezydenta USA Archibald Butt, popularny dziennikarz Thomas Stead oraz jeden z konstruktorów statku Thomas Andrews. Benjamin Guggenheim – dziedzic fortuny Guggenheimów zw. srebrnym księciem włożył swój najlepszy smoking po czym poprosił członka załogi, by jego żonie Florette przekazał taką wiadomość, „Jeśli coś mi się stanie powiedz mojej żonie, że mój sekretarz i ja poszliśmy na dno, powiedz jej też, że do końca grałem uczciwie. Żadna kobieta nie będzie zostawiona na pokładzie tego statku tylko dlatego, że Ben Guggenheim jest tchórzem”. Ostatni raz był widziany, gdy wraz ze swoim lokajem Victorem Giglio  siedział przy schodach słynnej z przepychu klatki schodowej prowadzącej do jadalni popijając brandy i paląc cygara (słynna scena z filmu “Titanic” jest więc prawdziwa). Ich ciał nie znaleziono. Podobnie jak ciał wielu innych osób.

O godz. 2.07. Thomas Andrews, zatrzymał wskazówki zegara wiszącego na reprezentacyjnej klatce schodowej statku (według innej wersji – stojącego na kominku w jednym z salonów dla pasażerów pierwszej klasy).

O 2.18 kadłub statku, którego dziób był już pod wodą, przełamał się pomiędzy trzecim a czwartym kominem.

O 2.20 rufa Titanica zniknęła pod wodą. W niemal pustych szalupach było 625 osób. Ponad tysiąc pływało w lodowatej wodzie Atlantyku. Ludzie ci umarli z zimna w ciągu pół godziny. Tylko jedna szalupa zawróciła, by ich ratować. Ocalałych zabrał na pokład statek RMS Carpatia, który z rozbitkami na pokładzie zawinął do Nowego Jorku wieczorem 18 kwietnia 1912r., oczywiście wywołując nie lada sensację. Było o czym pisać – niezatapialny statek, zatonął w czasie pierwszego rejsu.

Szalupa z ocalałymi pasażerami Titanica

Nawet Chrystus go nie zatopi”

Właściciele White Star Line uważali tradycje za przesąd i niepotrzebny zwyczaj. Wierzyli za to w postęp techniczny i jego siłę. Sekundowała im ówczesna prasa i producent grodzi wodoszczelnych, które miały zagwarantować bezpieczeństwo okrętu. Jedni i drudzy zapewniali, że Titanic jest statkiem „niezatapialnym”. Kapitan John Smith zapytany o bezpieczeństwo Titanica odpowiedział: – Nie potrafię sobie wyobrazić warunków, które mogłyby spowodować zatonięcie tego statku, ani żadnego rzeczywiście poważnego wypadku, jaki mógłby mu się przytrafić. Współczesne budownictwo okrętowe ma już tego rodzaju problemy daleko za sobą. To samo powtarzała załoga, której członek miał powiedzieć jednej z pasażerek przed wyruszeniem w rejs o statku Nawet Chrystus nie zdoła go zatopić. Podobno w czasie budowy statku, w stoczni w Belfaście napisy Ani sam Chrystus nie zatopi tego okrętu oraz Nie ma Boga któryby zdołał ten okręt w odmętach morskich pogrążyć, wypisywali dla rozrywki niektórzy stoczniowcy na burtach statku, przykrywając je potem farbą. Na dnie statku miał być ukryty napis Ani Boga, ani Pana. Oczywiście przedstawiciele White Star Line, ani stoczni, ani nikt z ocalałej załogi nigdy informacji tych nie potwierdził. O istnieniu powyższych napisów wiadomo z notatki zamieszczonej w maju 1914r. przez amerykański miesięcznik „Franciscan Herald”, wydawany w miejscowości Teutopolis niedaleko Chicago. Miesięcznik zacytował list katolickiego marynarza – oficera, który był w stoczni i miał widzieć owe napisy. Nie podano jednak jego nazwiska, co do dziś jest powodem podważania wiarygodności tych informacji. Jednak dla wielu osób zatonięcie Titanica stało się symbolem ukarania przez Boga ludzkiej pychy i dowodem, że wyzwanie rzucone Stwórcy zawsze kończy się źle dla rzucającego.

Pamiątkowy koc

Od razu trzeba zastrzec – wśród 51 milionerów, którzy zafundowali sobie luksusowy rejs w objęcia śmierci, nie było ani jednego Polaka. Natomiast z brzmienia nazwisk z list pasażerów (ich narodowości nie odnotowano) oraz późniejszych “śledztw” wynika, że kilku naszych rodaków było wśród pasażerów klasy drugiej. Kilku Polaków płynęło też klasą III. Do takich osób należał np. mieszkający w Londynie polski żyd Berek Trembecki (Trembisky), który w rejs Titanicem popłynął według jednej wersji dla rozrywki, według innej – szukać szczęścia i majątku w Ameryce. W momencie zderzenia z górą lodową spał. Obudzony wstrząsem postanowił sprawdzić, co się stało i wyszedł z kajuty. Wykorzystał przejście do klasy II a następnie przedostał się do klasy I i wyszedł na pokład, gdzie milionerów ładowano do szalup. Stewardzi wsadzili go do szalupy z najbogatszymi pasażerami, chociaż jak sam później przyznawał, nikt, łącznie z nim samym nie wierzył, że Titanic zatonie. A jednak tak właśnie się stało. Trembisky’ego zawiniętego w koc znaleziony w szalupie uratował RMS Carpatia, który rankiem dopłynął na miejsce katastrofy. Koc, który chronił go przed zimnem, Trembisky zachował na pamiątkę ocalenia i przechował przez całe życie. Rodzina Trembisky’ego, który w USA osiedlił się jako Pickard (pod takim nazwiskiem podróżował też na Titanicu) pamiątki po przodku, związane z feralnym rejsem sprzedała dopiero w latach sześćdziesiątych.

Trzech kapłanów

W interesach płynął inny Żyd polskiego pochodzenia – handlarz brylantami z Antwerpii Jakub Birnbaum. Ocalał w przeciwieństwie do pochodzącego z Suwalszczyzny ks. Józefa Montwiłła.

Ks. Montwiłł  miał 28 lat, kiedy wsiadł na pokład Titanica. W przeciwieństwie do Trembeckiego musiał wyjechać. W zaledwie dwa lata po święceniach naraził się władzom carskim tak bardzo, że musiał uciekać. Co zrobił? Po prostu jako wikariusz w Lipsku k. Augustowa posługiwał ludziom, w tym także unitom, co było surowo zabronione. Uznany za wroga imperium rosyjskiego, miał zostać pozbawiony święceń kapłańskich. Sejneński biskup przeniósł go do Lubowa ale tu młody ksiądz znowu zaczął posługiwać, tym razem Litwinom. Władze carskie zabroniły mu sprawowania posługi kapłańskiej i zaczęły śledzić każdy jego krok. Musiał uciekać. Postanowił wyjechać do brata, który od 1907r. zamieszkiwał w tzw. Małej Litwie na Brooklynie w Nowym Jorku, a docelowo do Worcester w stanie Massachusetts, gdzie miał objąć parafię. Podobno zabrał ze sobą rękopisy 600 ludowych pieśni z Suwalszczyzny, które chciał wydać w USA. Zabrał też ze sobą własne rysunki – był utalentowanym rysownikiem. Na pokład Titanica wszedł w środę, 10 kwietnia 1912 roku. Został zapisany został jako  Montvila Fr. Juzoas. Podobno w czasie rejsu codziennie sprawował w polowych warunkach Mszę św., rozmawiał i modlił się z pasażerami. Ostatnią Mszę św. koncelebrował wraz z pozostałymi kapłanami katolickimi w niedzielę 14 kwietnia 1912r. na kilkanaście godzin przed zatonięciem statku. Gdy statek uderzył w górę lodową, pocieszał przestraszonych ludzi i uspokajał ich po polsku, rosyjsku i niemiecku. Tak samo jak dwaj pozostali księża katoliccy płynący Titanicem, czyli ksiądz Thomas Byles (54 lata) z Anglii oraz benedyktyn o. Joseph Peruschtz (41 lat) z Bawarii, ks. Montwiłł odmówił zajęcia miejsca w szalupie.

„Furman” z Titanica

Nie wiadomo, czy wśród Polaków otaczających w ostatnich minutach istnienia transatlantyku księdza była Polka, płynąca do swojego męża, który za chlebem wyjechał kilka lat wcześniej do USA i osiadł na Alasce. Sam fakt takiej podróży nie był niczym niezwykłym. Niezwykłe nie było nawet to, że kobieta ta zostawiła w kraju dwuletnie dziecko – chłopca. Był nim bowiem ojciec słynnego „furmana” z zespołu Mazowsze – Stanisława Jopka (1935-2006). Urodzony we Lwowie Stanisław Jopek mówił, że jego ojciec był dzieckiem adoptowanym. Na świat miał przyjść w Limanowej. Gdy miał dwa lata, jego matka, z zawodu lekarka, przywiozła go do zaprzyjaźnionej rodziny mieszkającej właśnie we Lwowie i zostawiła go „na jakiś czas”. Wyjechała z miasta. Jej celem była Alaska, gdzie chciała spotkać się z mężem, zorientować w sytuacji, jakoś urządzić i zabrać pozostawione u przyjaciół dziecko.  Nie dotarła do Nowego Jorku. W nocy 14 kwietnia 1912r. zginęła na Titanicu. O jej mężu słuch zaginął. Tę informację ojciec Stanisław Jopek miał uzyskać od Czerwonego Krzyża już jako dorosły mężczyzna. Na listach pasażerów Titanica znalazły się i inne polskie nazwiska – Sadowicz i Skłodkowski (zginęli). Zzginęła także podróżująca trzecią klasą rodzina Orzeszkowiczów (zapisani jako “Luka, Maria, Jeko Oreskovic”). Drugą klasą płynęła miss Rosa Pinsky, czyli być może panna Róża Pińska oraz ‘Selman Slocovski – być może właśnie Słodkowski. Klasą III liczna rodzina o nazwisku Panula oraz rodzina o nazwisku Moncarek. Wszyscy zginęli.

Nie było przebaczenia

Ocaleni z Titanica po przybyciu do Nowego Jorku z jednej strony stali się sensacją z drugiej – musieli zmierzyć się z niechęcią, a niekiedy wręcz – nienawiścią opinii publicznej. Nie darowano pasażerom, że siedząc w pustych szalupach, nie wrócili po rozbitków. „Rykoszetem” dostał nawet kapitan Californiana, który chociaż był najbliżej, nie uratował pasażerów Titanica. Do końca życia musiał walczyć o obronę dobrego imienia swego i swojej załogi, tłumacząc, że mieli wyłączone radio, a z Titanica wystrzelono tylko białe rakiety.

Kiedy jednych potępiano, inni uratowali swój honor postawą, jaką przyjęli w momencie katastrofy. Ich symbolem stała się jedna z obecnych na pokładzie kobiet. Margaret Brown (1867-1932)  podróżowała pierwszą klasą. Z powodu niskiego urodzenia i bezpośredniości w zachowaniu, była pogardzana przez wykwintne towarzystwo z jej pokładu. A jednak w momencie katastrofy to ona okazała największy hart ducha. Najpierw pomagała pasażerom wsiadać do szalup, potem odmówiła zwodowania szalupy jej zdaniem zbyt mało załadowanej a kiedy już znalazła się w łódce, a statek zatonął, jako jedyna domagała się powrotu po rozbitków. Podobno do jej szalupy wciągnięto zwykłego pomywacza. Widząc, że bosy mężczyzna dosłownie drży z zimna, Margaret Brown zdjęła swą kosztowną etolę z soboli i owinęła nią jego stopy. Już na pokładzie Carpatii zebrała dla rozbitków ponad 10 tys. dolarów a z pokładu tego statku zeszła gdy wszyscy ocaleni pasażerowie spotkali się z rodzinami, przyjaciółmi bądź uzyskali pomoc medyczną. Margaret nigdy nie zapomniała o katastrofie, podobnie jak wszyscy inni pasażerowie, którzy ocaleli. Ci, którzy dożyli lat osiemdziesiątych i boomu na pamiątki Titanica zupełnie inaczej niż bohaterka filmu Davida Camerona, nie mogli się pogodzić z ich wyciąganiem z wraku statku. Dla nich było to jak rabowanie grobu. Źródła:

Monika Żmijewska, “Na Titanicu był ksiądz z Suwalszczyzny. Wiózł rękopisy z Sejn”, www.wyborcza.pl

Grzegorz Kucharczyk, “Różaniec odmawiali do końca”, www.pch24.pl

“Uwaga: Polacy płynęli na Titanicu”, www.dziennikpolski24.pl

“Sprzedano pamiątki po Polaku z Titanica”, www.wp.pl

Alina Bala, “Na pokładzie Titanica znajdowali się Polacy”, www.polacywewloszech.com

Śledź nas na:

Czytaj:

Oglądaj:

Subskrybuj
Powiadom o

0 komentarzy
Wbudowane informacje zwrotne
Zobacz wszystkie komentarze
reklama spot_img

Ostatnio dodane

Jedźcie sami do Niemiec…

13 kwietnia 1943 W czasie II wojny światowej, Warszawa była dla Niemców najniebezpieczniejszym z okupowanych przez nich miast Europy....

Przeczytaj jeszcze to!

0
Podziel się z nami swoją opiniąx